piątek, 31 maja 2013

Garść inspiracji ...

Nigdy jeszcze nic tam nie kupiłam, często za to zerkam na stronę i podziwiam kolory, wzory, piękne zdjęcia. Nie często się zdarza, żeby newsletter tak cieszył oko. Mowa o Anthropologie. Znacie? A może już coś tam zakupiłyście? Jeśli już tam trafiłyście to na pewno wiecie o czym mówię, jeśli nie - trzeba nadrobić ;) Tymczasem miks tego, co najbardziej wpadło mi w oko!



Wszystkie zdjęcia pochodzą STĄD

Po więcej trzeba sięgnąć TU ( i blog). Czekam na Wasze opinie! 
Jeśli zdecydujecie się na zakupki też dajcie znać :) Miłego wieczoru!



* powyższy post nie jest żadną formą reklamy, powstał jedynie z chęci podzielenia się z Wami tym,
   co mnie inspiruje :)

JHB: Melville

Jest taki zakątek w Johannesburgu, gdzie można poczuć się jak w Europie. Nie raz i nie dwa już Wam wspominałam, że tutaj uliczki spacerowe nie zdarzają się często. W Kapsztadzie, Stellenboschu - owszem, ale nie jest to regułą. Nie ma tu rynków w europejskim stylu. Pełnych kafejek, ogródków, parasoli. Tutaj jest inaczej. Można pospacerować, wstępować co krok do kawiarni, barów, sklepików, antykwariatów... Mowa o Melville. Bardzo ciekawa to dzielnica, posiadająca specyficzny klimat, artystyczny, twórczy. Życie toczy się tam niespiesznie. Warunki idealne by celebrować chwile. Zapraszam na spacer po Melville.



 Znajdzie się tu pyszna kawa z ciastkiem, sztuki nieco, jeśli ktoś potrzebuje :) Lokalne specjały, na przykład miód, lubimy (zwłaszcza Mąż) eksperymentować z różnymi smakami miodu, kupować go w różnych ciekawych miejscach i potem delektować się w domu.



Joga dobra na wszystko!

 Do wejścia do antykwariatów i małych księgarenek nie trzeba nas zbyt długo namawiać! Możemy spędzać godziny na eksplorowaniu regałów z książkami ...





czwartek, 30 maja 2013

Watercolor art

Obiecałam, że pokażę co stworzę, tak też czynię!
Tadam!

Jedno z pierwszych dzieł, jak dotąd ulubione :)




środa, 29 maja 2013

Only in Mzansi

Przy okazji statystyk, ooo TU, wspominałam Wam, że jest wiele rzeczy w RPA, których, póki co, nie jestem w stanie zaakceptować. Jedne irytują, inne dziwią a jeszcze inne śmieszą. Część z tych kwestii związana jest z faktem, że przez długie lata panowania apartheidu populacja czarnoskórych nie miała możliwości się kształcić, rozwijać, wykonywać większości prac, przeznaczonych wówczas dla białych.  Przyczyną części z nich jest, moim zdaniem, nieudolne rządzenie krajem jak też brak zorganizowania, inne niż w Europie standardy tu panujące. Opowiem Wam dzisiaj o kilku takich kwestiach. 

RPA to mistrzowski kraj jest chodzi o mnożenie bezsensownych stanowisk pracy. Jeśli mamy dziurę na drodze, którą trzeba załatać, standardem jest, że do obsługi  „tego przedsięwzięcia” zatrudnione są dziesiątki osób. Pierwsza z nich macha chorągiewką na kilkadziesiąt metrów przed ekipą i tym samym ma informować, że coś jest na rzeczy. Tylko że ja nigdy nie wiem, czy owe machanie oznacza, że mogę jechać, czy że mam się niedługo zatrzymać bo jest STOP (czyli ruch wahadłowy). Druga, trzecia i kolejna osoba stoi w odległości kolejnych kilku metrów, nie wiem właściwie po co.. Dalej mamy kogoś kto operuje znakiem „STOP&GO”. Potem grupa co najmniej dziesięciu osób debatuje nad wcześniej wspomnianą dziurą i powiedzmy, że ją naprawia. No i dalej historia się powtarza tyle, że w odwrotnym kierunku… Jeśli ktoś w Polsce chciałby narzekać, że roboty drogowe trwają długo i że ekipa się ociąga, zapraszam. Bardzo szybko można zmienić zdanie :). Podobnie sytuacja wygląda, gdy np. pęknie rura, albo gdy potrzebna jest jakakolwiek inna ekipa. 

Chcąc zaparkować pod sklepem, niemal zawsze znajdzie się pan lub pani parkingowa, który musi pokazać nam odpowiednie, wolne miejsce, jakbyśmy sami nie potrafili dojrzeć :) I bardzo fachowo macha tym samym kierując nas, abyśmy prawidłowo zaparkowali samochód. W praktyce wygląda to tak, że gdyby słuchać tych „specjalistów” można by było zaliczyć niejedną stłuczkę. Po naszym wyjściu z auta nasz pomocnik krzyknie „Ok, mama?!” co ma oznaczać, że już on się zajmie naszym autem, że teraz już fura będzie 100% bezpieczna. Gdy wracamy po np. zakupach, mamy pomoc w przepakowaniu toreb z koszyka do bagażnika i przychodzi pora na kierowanie ruchem przy wyjeżdżaniu. Cały proceder ma na celu danie owej parkingowej osobie kilku randów za „fachową pomoc”. Jeśli nie damy kasy, albo damy za mało możemy spotkać się z irytacją i niesympatyczną reakcją połączoną z wykrzykiwaniem niezbyt pochlebnych wyrażeń w niezrozumiałym języku ( w Bloem najwięcej jest ludzi Sotho, w okolicach Durbanu spotkamy przeważnie Zulusów itp.). Równie bezsensowne jak samo istnienie tych profesji jest dla mnie zachowanie białych mieszkańców RPA ( bo głównie to oni są tymi dającymi pieniądze). Afrykanerzy są przekonani, że jest to niemal ich obowiązek. Są oni bowiem wielkodusznymi ludźmi; chcą pomóc w walce z ogromnym bezrobociem i tak między innymi to wyrażają. Ale czy warto stawiać na ilość zamiast na jakość?

W każdym markecie oprócz kasjera mamy pracownika, który za nas pakuje zakupy to toreb. Na stacji benzynowej tylko podjeżdżamy pod wybrane dystrybutor paliwa i obsługa wszystko robi za nas: nalewa paliwo ale też myje szyby, sprawdza olej, ciśnienie w oponach  i wszystko to za kolejne kilka randów… Samoobsługa jest niedozwolona! I można by tak wymieniać bez końca… 

Na początku myśleliśmy, że wspomniane sytuacje dziwią tylko nas. Ale z czasem przekonaliśmy się, że podobnie reagują wszyscy obcokrajowcy. Ostatnio gościliśmy couchsurfera z Holandii, który od razu zwrócił uwagę na wspomniane kwestie. Podobnie Ewa, która była u nas w marcu.  Rozumiem, że mieszkańcom RPA to nie przeszkadza, jest to dla nich częścią ich kraju, od dawna,; ale ja jednak nie znajduje nie mam w sobie aż tyle empatii aby z całym przekonaniem wspierać owe zawody.

Only in Mzansi*?

to be continued ...

*Mzansi - oznacza RPA w języku Zulusów :)

One of my favourite!

Są zdjęcia wyjątkowe,
szczególnie mi bliskie,
darzone sentymentem,
ulubione.

... one of my favourite ...


























Miłego dnia!

wtorek, 28 maja 2013

Madiba i my :)

W centrum Bloemfontein mamy wzgórze, z którego rozciąga się piękna panorama na miasto. Można też się tam wybrać aby podziwiać żyrafy, zebry i antylopy. Tym razem jednak wyruszyliśmy na Naval Hill, bo tak nazywa się wzgórze, aby zobaczyć nowy pomnik Nelsona Mandeli. Pomnik ogromny, gigantyczny wręcz. Madiba, bo takie jest nazywany Mandela przez rodaków, patrzy dumnie na miasto z ręką wzniesioną w geście pozdrowienia. Taki wizerunek Nelsona często spotkać można na zdjęciach, obrazach czy pomnikach właśnie. Tak również Mandela pozdrawiał czarnych mieszkańców RPA po uwolnieniu z więzienia ponad 20 lat temu. 



Madiba to imię Mandeli  w klanie Xhosa.  Często nazywa się go również "tata" co w Xhosa znaczy ojciec :) 























Jak widać, pomnik był bardzo oblegany, nie ma to jak fotka z noga albo butem NM :) Ponieważ nam wystarczyły zdjęcia pomnika bez nas - skupiliśmy się na panoramie Bloem. Piękne widoki się rozciągają z Naval Hill. Zobaczcie sami:)




Jesienne akcenty też muszą być :)





Madiba i my :)

poniedziałek, 27 maja 2013

I po weekendzie!

Witam Was poniedziałkowo :)

Dziękuję za sympatyczne komentarze i za to, że dzielicie się ze mną swoimi planami, wizjami i opiniami! Dziękuję również Dybce, za sympatyczne wyróżnienie. Niebawem się biorę za szykowanie odpowiedzi. A weekend u nas? Minął częściowo towarzysko, częściowo plenerowo, ale niemalże w całości słonecznie!! Pogoda nas rozpieszczała, nie powiem! Ale po kolei. 

W piątek degustowaliśmy trunki zacne. Otóż dzięki współpracy polsko-niemieckiej, Mężowi udało się zdobyć Whisky wyjątkową, niepowtarzalną i ogólnie trudno dostępną, a to dlatego, że z Czech! Tak, tak!  Mowa o Hammer Head (info również  TU i TU). Tak więc spędziliśmy miły piątkowy wieczór na próbowaniu i obgadywaniu tego trunku. 



Sobota i niedziela rozpieszczała nas cudowną pogodą! Słonecznie, ciepło. Gdyby nie liście jesienne, można by pomyśleć, że to lato :) Był więc czas na leniwe przedpołudnie na trawie, późne śniadanie, lekturę  o TAKĄ. Ale też na wyprawę na miasto, o której opowiem Wam potem :) A ponieważ już o 18 jest ciemno straszliwie i zimno okrutnie - był też i czas na seansy filmowe :) O takie: 1, 2 :) Zwłaszcza pierwszy idealny na weekendowy wieczór, jesienny,hehe :)



Tak więc weekend uważam za udany. Kaszel mnie jeszcze męczy nieco ale za to twarz ma blada zazwyczaj, opalona znowu :)

Udanego tygodnia Wam życzę!


piątek, 24 maja 2013

Friday! Vrydag! Piątek!

 Piątek, piątek weekendu początek :)

A Wy jakie macie plany weekendowe?? 

Źródło: Pinterest

Niezależnie od tego, czy będzie to leniwy czas, czy może bardzo pracowity, 
życzę, abyście znaleźli chwilkę tylko dla siebie :)
 A co! 

czwartek, 23 maja 2013

Między szczepami: CHARDONNAY

Zapraszam na trzecią część międzyszczepowej wyprawy - dzisiaj jeden z moich ulubionych szczepów chardonnay !!!

"okiem mężczyzny"
"między szczepami" 
chardonnay





Piwniczka. Lank, lank gelede ...

Przed kilkuset laty, gdzieś w zachodniej części kraju, gdzie powietrze jest już wilgotniejsze i bardziej aromatyczne, pewien człowiek wybudował niewielką piwniczkę. Upewnił się, że ziemia ją otaczająca posiada odpowiednią wilgotność, a jej zapach nie przesyci zbytnio atmosfery panującej w środku pomieszczenia. Cel pracy był szczytny – starzejące się tam wino miało uświetnić przyjęcie weselne najstarszej z jego córek, Hildebrandy, a jako że kawaler dla niej przeznaczony pochodził z dostojnego szlacheckiego rodu ‘Van der Merwe’ herbu Pożółkły Liść, wino musiało być absolutnie najwyższej klasy. Minęły lata, wspomniany właściciel dawno już spoczął opodal piwniczki, a jego przedsiębiorczy potomkowie przejęli schedę znacząco rozbudowując i unowocześniając tytułową piwniczkę. Dziś w Stellenboschu (bo o tym miejscu mowa), możemy zwiedzić przepastne piwnice, meandrując między wielkimi beczkami wypełnionymi złociście połyskującym płynem i wciągając w nozdrza upajający zapach dębu przesiąkniętego potężnym Chardonnay. Po dziś dzień, w Stellenboschu produkuje się jedno z najlepszych beczkowanych Chardonnay na świecie.

Ech, co tylko pomyślę o tym winie, od razu mam na nie chrapkę. Czasem mam wrażenie, że mógłbym nim zastąpić dzienną porcję wody, a wtedy pułap szczęścia byłby znacznie łatwiej osiągalny.

Nie bez powodu jednak użyłem terminu ’beczkowany’. Otóż nie każde wino, gdy dojrzewa, leżakuje w dębowej beczce. Ot, choćby ostatnio wspomniane Sauvignon Blanc; po zakończeniu fermentacji przebywa ono wyłącznie w stalowej kadzi, a po zabutelkowaniu zaleca się wypicie wina w ciągu roku. [Jeśli więc rozważacie zakup SB starszego niż rok, nie dajcie się oszukać ceną. Nie tylko nie może ona być wysoka, ale powinna być wręcz obniżona!]

Inaczej jest w przypadku Chardonnay. Choć puryści-winiarze naciskają, aby to wino nie miało jakiegokolwiek kontaktu z dębem (podobnie jak dobrze wszystkim znana XX-wieczna batalia brytyjskiej arystokracji z mieszczaństwem o to czy sherry powinno być wytrawne czy słodkie), ja bardzo lubię specyficzny aromat jaki beczka nadaje temu winu. Najbardziej wyczuwa się to w jego nosie wina. Ten albowiem jest gęsty I skoncentrowany, z przebijającymi się nutami topionego masła i przypieczonej skórki chleba. Niektórzy wyczuwają również nuty dymu, chociaż ja nie podzielam tej opinii. W smaku wino okrągłe, z długim końcem, w którym wyczuwamy posmak wanilii (tym intensywniejszy im dłużej wino przebywało w beczce), kokosa, karmelu oraz właśnie tego masła i gęstej śmietany! Ach, po lampce takiego trunku już tylko jednego brakuje do pełni szczęścia – nikaraguańskiego cygara.

I choć historia nie otwiera więcej kart traktujących o Hildebrandzie, to jestem przekonany, że życie miała tak udane jak to wino utoczone z ojcowskiej beczki-kwartówki.

MOZAMBIK: Zamki na piasku

Nie wiadomo kiedy minął już ponad miesiąc od czasu naszej wyprawy do Mozambiku. Tutaj jesień pełną parą, tam wciąż ciepło, słonecznie, plażowo... W takiej właśnie plażowej konwencji zachęcam Was do zabawy! W Europie lato za pasem, lada moment zaczną się letnie urlopy, wojaże. Polecam, przy okazji plażowania, puścić wodze  fantazji i "zabawić się" tak jak za czasów dzieciństwa :)  My tak właśnie zrobiliśmy i bardzo nam się podobało. A to efekty :)


 No i jak Wam się podoba nasze dzieło?  Polecam spróbować, zajęcie odpowiednie dla każdego. Małe dzieci na pewno będą miały wielką frajdę, jeśli dorośli przyłączą się do budowania a i dziadkowie z przyjemnością poszukają odpowiednich akcesoriów do ozdoby budowli!


 No i chwila relaksu po ciężkiej pracy ...


środa, 22 maja 2013

ZOO CITY

Źródło: Internet



SF, urban fantasy, powieść noir, ballada na cześć fantastycznego Johannesburga. To tylko kilka z określeń na temat Zoo City z jakimi się spotkałam. Każde równie trafne co tajemnicze. Otóż książka, moim zdaniem, jest wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju. To pierwsza powieść typu urban fantasy z jaką się spotkałam. Niesamowita wyobraźnia autorki plus Johannesburg, mroczny, okrutny, zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Być może też dlatego, że większość miejsc, ulic, jest mi mniej lub bardziej znana. Na pewno znajomość miejsca akcji i nieco historii kraju pomaga wyobrazić sobie realia przedstawione w książce. Ale nie jest to wiedza niezbędna do lektury :) Podsumowując polecam!

Źródło: klik
Bardzo ciekawy artykuł na temat Zoo City:
http://www.artbiznes.pl/index.php/zoo-city-swietny-kryminal-z-rpa/

A oto gdzie możecie znaleźć książkę:

Rebis
Selkar















Polecam również zapoznać się z osobą Lauren Beukes. Ta południowoafrykańska autorka pracuje jako dziennikarka i scenarzystka telewizyjna w największym studiu animacji w RPA. Opublikowała opowiadania w kilkunastu antologiach, jest scenarzystką kilkunastu komiksów i autorką powieści.

Więcej na temat jej twórczości możecie poczytać tu: http://laurenbeukes.com/.

Niedawno ukazała się (niestety jeszcze nie w Polsce) najnowsza powieść autorki pt. „The Shining Girls”. Cieszy się ona dużym zainteresowaniem min. w Wielkiej Brytanii. Jak już Wam wspominałam TU, Mąż sprezentował mi ową powieść i to w specjalnym wydaniu :) Jestem szczęśliwym posiadaczem jednego z tysiąca podpisanych przez Lauren egzemplarzy.



7 DAMME

7 Damme to veld tuż za naszym domem, wystarczy 5 minut i można poczuć się jak na stepie. Tam właśnie wybraliśmy się na spacer. Jesienny, rodzinny, niedzielny. Nie z ostatniej niedzieli, która to upłynęła  pod hasłem przeziębienia (wspominałam Wam o tym TU) ale z poprzedniej :) Zapraszam!







 Relację z ubiegłorocznego spaceru znajdziecie TU :)