poniedziałek, 29 grudnia 2014

Poświąteczny czas spędzamy w East London :)

Czas Bożego Narodzenia spędziliśmy z przyjaciółmi, walcząc z nieprzeciętnym upałem a teraz, we troje urzędujemy w East London, nadmorskim mieście na południowo-wschodnim wybrzeżu kraju. Miasto i ocean przywitały nas iście bałtycką, deszczową i pochmurną pogodą, bardzo nieswyczajną dla RPA. Miła odmiana po wcześniejszych afrykańskich :) upałach. Teraz jest już ciepło więc na oceaniczne spacery przeznaczamy poranki i późne popołudnia. A plażę mamy w zasięgu wzroku, gdyż nasz kolega udostepnił nam swoje mieszkanie (co nas niezmiernie cieszy:):):) ) w odległości 200 m od plaży! Relaksujemy się zatem, korzystamy z sąsiedztwa wody i ładujemy akumulatory na nowy rok. 























Trwające obecnie wakacje to pierwsza wizyta Ignaca nad wodą. Pierwsze spacery, plażowanie, wszystko w otoczeniu Oceanu indyjskiego :) Wkrótce trzeba będzie zamoczyć nogi :) Tymczasem Syn podziwia widoki z bezpiecznej (wozkowej głównie) odległości :)
















































































^^^ Bez wózka też podziwiamy otoczenie :) U Taty na ramieniu, najlepsza miejscówka!

 Chwila dla Mamy i Taty, bezcenna i niezbędna :)
























Uściski od nas dla Was!!!

xoxo


poniedziałek, 22 grudnia 2014

Rozjazdy, 2miesięczne urodziny & Merry Christmas :)

Cisza na blogu spowodowana naszymi rozjazdami. Kilka ostatnich dni spędziliśmy na farmie naszych przyjaciół (ostatnio byliśmy tam na chwilę przed urodzeniem Ignasia). Nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo potrzebowałam tego wyjazdu. Zmiana otoczenia, duża przestrzeń, przyjaźni ludzie ( i nianie do opieki nad Iggim :)), czas na drzemki i spacery. Po tych zaledwie kilku dniach czuję się odprężona i zrelaksowana, akumulatory naładowane! A przed nami jeszcze kolejna wyprawa tym razem na południe, najpierw spotkanie z innymi przyjaciółmi na innej farmie a potem ocean... Cieszę się ogromnie!! 

Jutro nasz Synek kończy 2 miesiące. Rośnie w oczach, zmienia się w mgnieniu oka, zaczyna gaworzyć, rozgląda się i podziwia otoczenie a przede wszystkim jest odczuwalnie dłużej aktywny, mniej mamy spania w ciągu dnia :) Czas tak szybko płynie, muszę pomyśleć o zapisywaniu tych wszystkich myśli związanych z Nim i moimi odczuciami, refleksjami "mamowymi", może to będzie dobre postanowienie noworoczne? :)

Ale zanim Nowy Rok, Wszystkiego Dobrego Świątecznego Kochani!!! Radości, szczęścia i dużo uśmiechu na ten Bożonarodzeniowy czas jak również na każdy kolejny dzień!  Merry Christmas!



 

niedziela, 14 grudnia 2014

Pierwsza wizyta na uniwersytecie czyli letnie spacery :)




















W piątek, wczesnym rankiem (bo potem za gorąco) wybraliśmy się na spacer uniwersytet. Lokalny kampus to bardzo urokliwe miejsce, zielone, pełne drzew i kwiatów, jako jedno z nielicznych w tym mieście  sprzyjające spacerom. Zwłaszcza teraz, kiedy rok akademicki został zakończony i Bloem powoli się wyludnia, w ciszy i spokoju można spędzić tam czas. Tak też zrobiliśmy :) 

Zapraszam!




















































































^^^ skarpetki, uwielbiam :)









































środa, 10 grudnia 2014

Grudniowe wyzwanie blogowe - dzień 3 - dekoracja

Trzeci dzień wyzwania blogowego i dekoracja jako temat. Takie urocze serduszko zagościło u nas w domu, stanowiąc pierwszą z dekoracji świątecznych. Bardzo lubię jej minimalistyczną formę, kształt, kolor ...
























Zachęcam do zerknięcia na blog Sen Mai, dużo tam przeróżnych inspiracji :) Dekoracyjnych i nie tylko.


p.s.
U nas wszystko dobrze, operacja się udała i mam nadzieję, że wszelkie poporodowe przygody już za mną i teraz będę mogła ze zdwojoną siłą cieszyć się synkiem, latem i nadchodzącymi wakacjami :)


wtorek, 9 grudnia 2014

Grudniowe wyzwanie blogowe - dzień 2 - list do Świętego Mikołaja

Drogi Święty, 

Dziękuję Ci za kochających rodziców i wspaniałe rodzeństwo. 
Za cudownego Męża i naszego Synka. 
Za wszystkich ludzi, których spotkałam na swojej dotychczasowej drodze 
bo dzięki nim mogłam zdobywać doświadczenie życiowe, 
mierzyć się z nowymi sytuacjami i poznawać siebie.
Za wzrost duchowy i rozwój osobisty,
doświadczenia zawodowe i wszelkie przykrości, które mnie w życiu spotkały.
Za wszelkie zakręty i proste. 
Za słońce i deszcz. 
Za kukurydzę w puszcze i lody jagodowe.
Za hummus i sushi.
Za farby akwarelowe i haft krzyżykowy.

I z góry dziękuję za to, co przede mną :)*


* Oto moja interpretacja dzisiejszego tematu wyzwaniowego. Cudownego wtorku Wam życzę i jednocześnie proszę o wysyłanie dobrej energii w moim kierunku. Idę dzisiaj do szpitala i wszelkie dobre myśli i modlitwy będą niezwykle ważne i mile widziane. Uściski!
 




poniedziałek, 8 grudnia 2014

Grudniowe wyzwanie blogowe - dzień 1 - ulubiona tradycja świąteczna w Twoim domu

Grudniowo, po raz pierwszy jako mama, biorę udział w wyzwaniu blogowym Uli. W tym miesiącu rządzą tematy świąteczne. No to zaczynamy. Dzisiaj dzień pierwszy wyzwania i ulubiona tradycja świąteczna w moim domu. No i przyznaję, że wbrew pozorom temat niełatwy. Zbliżające się Święta Bożego Narodzenia będą już trzecimi, które spędzimy na gorącej, afrykańskiej ziemi. Trudniej mi tutaj poczuć ducha świąt - takiego prawdziwego, jak z dzieciństwa. Brak śniegu za oknem, roznegliżowanie odpowiednie pełni lata i sylwestrowe kąpiele w basenie nie ułatwiają sprawy. W moim domu rodzinnym najbardziej lubiłam ubieranie choinki i potem wieczorne przy niej przesiadywanie, w ciszy, z hipnotyzującymi lampkami, pod kocem ... Obecnie, w moim domu najbardziej lubię ... do głowy przychodzi mi kilka takich małych naszych tradycji, świątecznych, odpowiednich na letnią porę roku :) Ulubioną jest jednak łamanie się opłatkiem na plaży. Nad oceanem. Mieliśmy okazję dwa ostatnie Boże Narodzenia spędzać na wybrzeżu ( za każdym razem w innym miejscu) i we dwoje na plaży, przy szumie fal życzyć sobie tego, co najlepsze ... W tym roku też wybieramy się nad wodę, chociaż tradycja zostanie zmodyfikowana, na potrzeby rodziny w powiększonym składzie :)


sobota, 6 grudnia 2014

KLUB POLEK NA OBCZYŹNIE - MOJA HISTORIA

Witam Was serdecznie weekendową, wieczorową porą. Dzisiejszy post to efekt mojej (ostatnio mało aktywnej niestety) współpracy z Klubem Polki na Obczyźnie. Klub prężnie działa, rośnie w siłę i co jakiś czas organizuje ciekawe projekty, cykle postów tematycznych i inne atrakcje. Wszystkie informacje o klubie znajdziecie TU i TU :) Cykl, który trwa obecnie nosi tytuł "moja historia" i dotyczy historii naszych emigracji. Emigracja to słowo, od którego zawsze stroniłam. Zawsze wydawało mi się, że emigrować to znaczy żyć "gdzieś indziej" na zawsze ... a co jeśli to "bycie gdzieś indziej" trwa 3 lata?

Tak więc zapraszam Was do lektury mojej historii, której akcja zaczyna się na chwilę przed zamążpójściem i snuciem wizji wspólnej przyszłości. Naszej. We dwoje... Otóż Mąż mój jest (jak zapewne wiecie) chemikiem, naukowcem, doktorem i właśnie w momencie doktoryzowania się - poznaliśmy się i zostaliśmy razem ( to tak w dużym skrócie).  Pomysł wyjazdu na staż towarzyszył nam praktycznie od początku. Po pierwsze, że fajnie gdzieś wyruszyć aby zobaczyć jak to jest. Po drugie to ważne pod kątem chemicznym, zdobycie doświadczenia, popracowanie w nowej chemii, innej grupie itp... Po trzecie zawsze byliśmy otwarci na nowe przygody,sporo podróżowaliśmy i dbaliśmy o to, aby nie stracić z oczu tego, co ważne, co niekoniecznie można kupić, raczej przeżyć. Powodów znalazłoby się dużo więcej, ale co ważniejsze, zależało nam, aby miejsce owej przygody było ciekawe, oryginalne, niepowtarzalne. Najlepiej takie, gdzie niełatwo wyruszyć na weekend czy nawet dwutygodniowe wakacje. I tak częściowo przez przypadek, częściowo dzięki zbiegowi okoliczności - padło na RPA. Chemik i socjolożka postanowili sprawdzić jak to jest na czarnym lądzie. 

Przed wyjazdem mieszkaliśmy w Warszawie, pracowałam w korporacji i rozważałam różne opcje rozstania się z firmą - urlop bezpłatny (który nie wypalił), urlop macierzyński (który ku naszemu wielkiemu smutkowi również nie doszedł wtedy do skutku) - stanęło więc na tym, że rozstałam się z firmą bezurlopowo i bezterminowo i jako żona przy mężu (housewife w wizie) ruszyłam na poszukiwanie przygód. Przyznaję, że na początku trudno było mi sobie wyobrazić jak się odnajdę w nowej roli. Zawsze aktywna (zawodowo, towarzysko) nagle bez pracy (moja wiza od początku wykluczała oficjalną pracę)... Do tego dochodziło zdziwienie ludzi, niezrozumienie dla tej decyzji i co chwilę zmierzanie się ze stereotypem pani domu w wyciągniętym dresie gotującej obiadki mężowi (i nic poza tym). Pewnie nie jedna osoba wciąż tak myśli ale etap kiedy sprawiało mi to przykrość mam już za sobą. Zwłaszcza, że po przyjeździe tutaj okazało się, że z tym dresem to nie prawda. Pojawiły się i wciąż pojawiają nowe pomysły "co ze sobą robić". Samą mnie zadziwiają pokłady kreatywności, które do tej pory drzemały we mnie gdzieś głęboko ukryte. W Bloemfontein, mieście o istnieniu którego nie miałam pojęcia zanim tu zawitałam, odnalazłam nieoczekiwany spokój (chociaż myślałam, że go mam), zwolniłam tempo, wyciszyłam się, odreagowałam stres popracowy ( którego wydawało się, że nie było) i wsłuchałam się w siebie. 

Niewątpliwie pomogła też obserwacja otoczenia i odkrycie, że tutaj kobiety, które decydują się na pozostanie w domu, z dziećmi lub bez, albo te pracujące na część etatu i również bywające więcej w gronie rodzinnym -są aktywnymi, zadbanymi paniami, które uczęszczają na niezliczone ilości zajęć kreatywnych, udzielają się społecznie i są zadowolonymi z życia osobami. Do dzisiaj mnie to zadziwia. 

Daleko od domu znaleźliśmy dom. I ten dom mamy tutaj do dzisiaj. Na jak długo jeszcze? Czas pokaże. Kiedy upływał rok naszego pobytu tutaj (pierwszy plan mówił o wyjeździe na rok) trudno mi było sobie wyobrazić, że mamy się nagle spakować i wrócić. Czułam się kompletnie niegotowa, przekonana, że jeszcze po coś mamy tu zostać. I tak minął rok drugi i trwa trzeci. Chwilami myślę, że im dłużej tu jesteśmy tym trudniej będzie rozstać się z tym życiem i miejscem. Coraz więcej znajomych, niezwykłe przyjaźnie, pomocni i życzliwi ludzie wokół. Ale też niespieszne życie, które jeszcze nam się nie znudziło, domek z ogrodem, dojazd do pracy Męża, który zajmuje 15 minut rowerem, czas dla rodziny, który zaczyna się o 17tej. 

Nie twierdzę, że życie w RPA jest bez wad. Wiele jest tu rzeczy, które są absurdalne, ograniczeń, które w Europie nie miałyby miejsca, poczta strajkująca tygodniami, kurier, który kradnie gratisy z przesyłki, tysiące sytuacji, kiedy "klient nie jest nasz pan", wygórowane ceny wielu usług i produktów i wiele wiele innych. Ale póki co więcej zauważamy plusów niż minusów. 

Bez wątpienia uważam, że każdy powinien, chociaż przez chwilę pomieszkać "gdzieś", opuścić "comfort zone", spróbować zaklimatyzować się nowym środowisku i gwarantuję, że cudowne rzeczy można odkryć w sobie i we wspomnianym otoczeniu. Doświadczenia zdobyte poza ojczyzną niesamowicie ubogacają. Otwierają nas na zupełnie niedostrzegalne wcześniej sprawy, dystansują i ukazują, co tak na prawdę jest ważne. 

Do Polski wrócić chcemy. Pewnego dnia. Nie wiemy, czy bezpośrednio z RPA. Czy może najpierw spróbujemy znaleźć dom gdzie indziej? Wierzę, że przyjdzie dzień, że poczujemy, że już wystarczy nam Afryki. I wierzę, że wraz z tym poczucie przyjdzie pewność, że to dobry moment na zmianę.

 To nie jest też tak, że nie mamy żadnych obaw, wątpliwości. Owszem. Są takowe. Np. czy we wspomnianej Polsce się odnajdziemy? Już podczas kilkutygodniowego pobytu tam uderza mnie pesymizm, narzekanie i dziwna rezygnacja ludzi. Oczywiście nie jest to regułą, są na szczęście ludzie bliscy lub nie, którzy pozytywnie nastawieni są do życia (Bratowa, tutaj mam na myśli Ciebie między innymi). Tak więc staramy się patrzeć w przyszłość z optymistycznym nastawieniem. Przekonaniem, że wiele dobrego nas jeszcze spotka, niezależnie od tego gdzie będziemy mieszkać.

Dziękuję Wam, że jesteście moimi towarzyszami tej przygody i dobranoc :)


piątek, 5 grudnia 2014

Ogrodowe harce moich panów :)

O tym, że z Męża Mego miłośnik spraw ogrodowych wspominałam już kiedyś, kiedy to mówiłam Wam o naszych ogórkowych, lutowych zbiorach. Tak, tak! mamy tu swój mały ogródek warzywny, gdzie to rosną sobie pomidorki, ogórki i inne smakołyki. Jest tez szpinak, ogromne jego ilości, problem w tym, że ja za szpinakiem nie przepadam, delikatnie mówiąc :) Kiedy przyszła pora na podwiązywanie pomidorów, Panowie wyruszyli do ogrodu. Ignac, zdaje się, nie podziela pasji Taty, przynajmniej póki co:) Tak więc bez krzyków się nie obyło. A oto i nasze zieloności..

Zapraszam :)




































































czwartek, 4 grudnia 2014

Hello December, przedświąteczne markety i barwy narodowe :)


W weekend wybraliśmy się na  jeden z przedświątecznych marketów, który odbywał się w lokalnym ogrodzie botanicznym. Po raz kolejny przekonaliśmy się też, że "działamy" inaczej niż burowie. Otóż Afrykanerzy wstają bladym świtem, równie wcześnie załatwiają wszelkie sprawy - w tym markety i do 13 wszyscy zbierają się do domów, zapewne przygotowywać braaia. A że my lubimy delektować się rodzinnymi, weekendowymi śniadaniami i że nasz Synek karmiony jest na żądanie - wyruszenie gdziekolwiek o 8 rano średnio wpisuje się w nasz weekendowy plan. Tak więc wybraliśmy się tam przed 14tą, aby ominąć największy upał i zastaliśmy szczątkową formę marketu na miejscu. Większość wystawców się już pakowała, tak więc udało mi się zrobić szybką rundkę tu i ówdzie a resztę czasu spędziliśmy spacerując i szukając cienia :) Może to i lepiej, bo po raz kolejny przekonałam się, że nasze gusta - mój i kobiet afrykanerskich - nie specjalnie się pokrywa (ale to już opowieść na innego posta) :)












































A propos marketów, postanowiłam reaktywować moją produkcję naszyjników. Przez ostatnie tygodnie nie miałm do tego głowy, inne rzeczy zaprzątały moje myśli i  zajmowały czas. Ale okres przedświąeczny - wspomniany - marketowy skłonił mnie do przygotowania nowej tury biżuterii i tak w najbliższą sobotę moje produkty będzie można kupić na innym lokalnym markecie Westdene. Zapraszam :) :) :)

Ponieważ po wielu tygodniach strajkowania - lokalna poczta w końcu wznowiła działanie, rozważę też wysyłkę poza kraj, jeśli ktoś byłby zainteresowany - szczegóły wkrótce :) 

Wracając do weekendu. Ignacy wystrojony w barwy narodowe również uczestniczył w naszej wyprawie. Chwilami mniej lub bardziej zadowolony :) Za konkretny biało-czerwony outfit dziękujemy Ewie!! 












































Tak .. nasz Syn ma zdrowe płuca :)






















I tak to, nie wiedzieć kiedy przyszedł do nas grudzień. Z racji lata i upałów, trudno mi trochę wczuć się w klimat świąt. A Wam?? Dobrego końca roku życzymy!!!