piątek, 27 listopada 2015

Hair inspiration

W poniedziałek idę do fryzjera. Różne opcje fryzurowe chodziły mi po głowie. Póki co skłaniam się ku grzywce ( znoowu...) i myślę, że lekki lifting kształtu mojego boba też nie zaszkodzi :) Oto i miks inspiracji  ... 


 Wszystkie zdjęcia via Pinterest .


środa, 25 listopada 2015

Rewolucja piwna w RPA. Piwa kraftowe. Okiem mężczyzny.

Scena piwowarska w RPA w stosunku do tego co się dzieje aktualnie w Polsce dopiero raczkuje. Piwa kraftowe dostępne na rynku są przeciętnej jakości, niesmaczne a nawet dość często poprostu zepsute. A to wszystko dlatego,że  nie ma konkurencji. Właściwie każdy gracz który wchodzi na rynek ze swoim browarem wytrzymuje próbę czasu nawet jeśli jego piwa są kiepskie. Wszystko to, ponieważ popyt jest ogromny (RPA liczy ponad 55 mln mieszkańców) a podaż cały czas niewielka.
Jest jednak jeden browar który bardzo zwraca uwagę na jakość warzonego piwa. Browar ten położony jest niedaleko autostrady łączącej Bloemfontein z Johannesburgiem, więc podczas ostatniej naszej wizyty w Johannesburgu nie omieszkaliśmy do niego wstąpić. Chłopaki są zajęci przeprowadzką do większego miejsca (dzisiejsze wybicie 400L, planowane 2000L), ale mimo to znaleźli dla nas czas na pokazanie całego browaru oraz miła pogawędkę połączoną z degustacją*.

Dwaj jego założyciele a jednocześnie autorzy większości piwnych receptur to osoby posiadające tytuły doktora. Co ciekawe, są to doktoraty z matematyki! Czyli jednak te nauki ścisłe to mają potencjał!


Doktorzy owi warzą świetne piwa, pełne smaku, wyraziste, zgodne ze stylem i pozostające na długo w pamięci. Szczególnie polecenia wart jest ich Stewige Stout; czyta się to [stijewyhe] a oznacza ‘twardy’, ‘wytrzymały’. No i faktycznie - jest moc!

Właściciele bardzo przyjemni, otwarci. Można się napić piwa z tanku, degustacja dotyczy wszystkich rodzajów piwa które są aktualnie na stanie i można wypić ile się chce. W ofercie jest również piwo wędzone, do uwarzenia którego użyty został słód dymiony lokalnym ziołem o nazwie Buchu. Fantastyczna rzecz! Wszyscy piwowarzy którzy to czytacie, nie polegajcie jedynie na wędzeniu dębem czy brzozą. Warto odwołać się do korzeni, do historii regionu oraz terroir, jak to mawiają winiarze. Zwłaszcza, że ‘Polska dymem stoi’.



Browar położony jest w fantastycznym miejscu, na rozległej farmie z historią astronomiczną. A to dlatego, że w tym miejscu kilkaset tysięcy lat temu w ziemię uderzył meteoryt, co do tej pory objawia się znacznym obniżeniem terenu w stosunku do okolic. Dzięki temu nie ma problemów z wodą, a okolica jest przyjemnie pofałdowana.

Nie wiem czy sprawa uderzenia meteorytu jest dużą inspiracją w tworzeniu nowych piw. Jednego jestem pewien – piwa z Browaru Dog and Fig są obecnie najlepszymi przedstawicielami piwnego kraftu w RPA.


* dzisiaj browar już się przeprowadził do nowej lokalizacji, kilka zdjęć znajdziecie min. TU ;)


środa, 18 listopada 2015

Co mnie drażni, irytuje, co trudno mi zaakceptować w RPA :)


Na dzisiejszego posta zapraszam Was w ramach współpracy z Klubem Polek na Obczyźnie a dokładnie w ramach projektu jesiennego klubu. Jesienno – letniego, z racji, że u nas lato,  tak chyba bardziej pasuje. (zerknijcie na klubowego FB, tam znajdziecie linki do innych blogerek i blogera) :) Od kilku tygodni Członkowie klubu piszą na swoich blogach o tym, do czego nie mogą się przyzwyczaić w swoich nowych krajach. Co ich (bo mamy jednego pana w klubie) irytuje, denerwuje, drażni. 

Dzisiaj moja kolej. Chciałabym opowiedzieć tutaj Wam właśnie o tych aspektach życia w RPA, które mi się nie podobają. Zanim jednak przejdę do wyliczania tych niefajnych elementów to powiem Wam, że cieszę się, że ten projekt odbywa się teraz i to właśnie teraz mogę wziąć w nim udział. Mieszkamy tutaj już ponad 3 lata i myślę, wszystko wskazuje na to, że jeszcze trochę tu zostaniemy i wierzę, że po takim czasie dużo więcej można zarówno pozytywnych jak i negatywnych spraw zauważyć, te spostrzeżenia i myśli miały szansę się już w głowie i sercu ułożyć. Po takim czasie miałam szansę poznać wiele osób, poznać lepiej, bliżej, poznać wady i zalety ... strony, które pokazywane są niechętnie. Ale do rzeczy! Zaczynamy moją listę. Kolejność przypadkowa :)

  • Nie będzie to być może dla Was zaskoczeniem, gdyż wiele już razy o tym wspominałam na tym blogu, nie podoba mi się to, jak działa tutejszy serwis. Poczta, urzędy i wszelkie miejsca, gdzie niezbędne są zorientowane w temacie i kompetentne osoby. Z wielką przykrością stwierdzam, że wspomniane posady zajmują ludzie, którym do ogólnego zorientowania bardzo daleko.  Na początku bardzo bardzo mnie to irytowało i nie dużo trzeba mi było aby z wkurzeniem i podniesionym głosem próbować wyjaśniać daną sytuację. Kończyło się to przeważnie niezałatwioną sprawą i moim zdenerwowaniem do granic. Potem jednak zmieniłam zdanie i taktykę. Przekonałam się że „po dobroci i grzecznie” działa dużo lepiej i teraz – ja żyję sobie spokojniej a i pani na poczcie chętniej pomaga. Plus, hmm, Ignacy jest tu nieocenioną pomocą :) jeden uśmiech do pani w okienku i  wszystko prezentuje się bardziej optymistycznie.
  • Internet. Można by się tu dużo rozwodzić. Powiem krótko. Trzeci świat :D Internety działają wolno i ślamazarnie. O super szybkim łączu – na poziomie europejskim, hmm... można sobie generalnie pomarzyć, no chyba, że ktoś miałby ochotę płacić fortunę.. Tak, ceny za porównywalnie z EU wolny net są bardzo wysokie. Po części, tak myślę, to skutek bycia na końcu świata, po drugie, brak  konkurencji. Jednak im więcej firm oferuje daną usługę, tym, siłą rzeczy musi być taniej. Tutaj tego nie zauważam. Dla przykładu – dopiero stosunkowo niedawno pojawiły się oferty o sekundowym naliczaniu czasu połączeń!

  • Kolejną moją zmorą są kierowcy. Mogę z dużym przekonaniem powiedzieć, że kierowcy w Bloemfontein są najgorszymi z jakimi do tej pory miałam okazję „dzielić ulice”. Jeżdżą nieuważnie, zmieniają pasy jak im się podoba, nie używają kierunkowskazów lub używają niewłaściwie. Tutaj bardzo popularne są duże auta, SUVy tutaj nazywane Bakkie, wtedy to już w ogóle hulaj dusza, liczy się prawo większego :)

  • Nie wiem jak jest w innych miastach tego kraju ale jeśli chodzi o Bloem to docieranie do informacji o koncertach, imprezach czy targach jest bardzo trudne. Pomijam tutaj kwestię Afrikaans, bo na moim etapie znajomości języka - nie jest to już ogromny problem, tutaj po prostu jak gdzieś przez przypadek nie usłyszysz o czymkolwiek – to nie wiesz. Facebook nieco ułatwia sprawę, ale też nie zawsze. Powszechne tutaj jest wieszanie tekturowych info-plakatów przy przydrożnych słupach. Tak więc aby prowadząc auto – doczytać „co, gdzie, kiedy”, musisz minąć kiiiilka takich słupów, jednocześnie uważać na innych uczestników ruchu (patrz punkt powyżej) :) Moim zdaniem są to sposoby przedpotopowe. Nie żebym też bardzo tęskniła za ogromnymi bilbordami zalewającymi polską stolicę ale tęsknię za cotygodniowym „Co jest grane” – bardzo!

  • Idąc w dużo poważniejsze sprawy, chociaż wciąż związane z sytuacją opisaną w punkcie pierwszym – kiedy wspomniana niekompetencja dotyczy opóźnień na poczcie – nie jest to koniec świata, zawsze można chwilę poczekać, ale już fakt, że od kilku miesięcy regularnie mają miejsce przerwy w dostawie prądu a ostatnio i wody – to już stanowczo za wiele. Dzieje się tak, gdyż jakiś czas temu zepsuła się lokalna elektrownia, było to do przewidzenia, nie stanowiło jednak i nadal nie stanowi priorytetu zmodernizowanie (chociaż na to już za późno) czy wybudowanie nowej. Dlatego też mniej lub bardziej spodziewanie prądu nie ma. W zależności od rejonu kraju sprawa wygląda różnie, u nas średnio raz – dwa razy w tygodniu nie ma prądu, ale wiem od znajomych w Joburga, że podoba sytuacja ma miejsce codziennie!! Przeważnie od około 18 do 22 czyli akurat jak się wraca z pracy i chętnie wzięłoby się prysznic czy zrobiło i zjadło kolację :)  Podobnie jeśli chodzi o wodę w Bloemfontein. Po awarii wodociągów wprowadzono zakaz podlewania ogrodów, mycia aut na posesjach i ogólnie wodę się wydziela. Aż samej trudno mi w to uwierzyć jak to piszę, ale niestety tak jest. Zapowiadane są również przerwy w jej dostawie podobnie jak przerwy w dostawie prądu.

  • Ludzie w Bloem są bardzo przyjaźni, pomocni i pozytywni. Jednocześnie jednak stawiają niewidzialną ale bardzo wyraźną i odczuwalną granicę w znajomości. Czuje się to bardzo mocno po kilku tygodniach – miesiącach poznawania się. I jest to meczące, bo bez przejścia tej granicy nie da się pójść dalej w relacji. Zatem sytuacja wygląda tak, że codziennie otrzymujesz zapytania typu "How are you" czy "How was your day" ale tak naprawdę jeśli czujesz się naprawdę źle czy miałeś slaby dzień to nikt o tym nie chce słyszeć. To już jest granica której nie należy przekraczać. Jest to przykre i nie twierdzę, że w innych krajach jest inaczej, że w Polsce np. wszyscy „chcą iść dalej w relacjach”, ale mówimy teraz o RPA a nie o PL  Podobnie jest ze zwierzeniami czy po prostu rozmowami na trudniejsze niż pogoda i plany na wakacje tematy. Szkoda życia na nic nie wnoszące „coffee date”, niezobowiązujące spotkania trwające w tym samym punkcie w nieskończoność. Mnie szkoda.

  • Południowoafrykańczycy bardzo rzadko maja odwagę żeby upomnieć prosto w oczy. Jeśli coś im się nie podoba czy czegoś nie akceptują lub zwyczajnie uważają że to nie jest dobre czy właściwe, to nie powiedzą o tym ani słowa. W sumie to do relacji letnich całkowicie wystarcza, choć ja na tym etapie życia wolę otaczać się osobami które są szczere i otwarte i na których mogę polegać. Nawet jeśli to miałoby być trudne, to i tak wole taki scenariusz. Najgorszym rozwiązaniem jest zauważyć czyjś błąd, nie doradzić czy upomnieć tego kogoś co go popełnił tylko pójść do innych osób i o tym rozpowiadać. 

  • Przez wiele lat RPA była odcięta od surowców, dostaw i pomocy z innych państw. Wtedy musieli tu radzić sobie sami i, trzeba przyznać, całkiem nieźle sobie poradzili. Jest sporo surowców naturalnych, które były dobrze wykorzystywane, gospodarka kwitła, opracowano technologie produkcji benzyny z węgla (tylko kilka takich technologii na świecie), państwo było samowystarczalne i zamożne. Tylko, że tamte czasy minęły, gospodarka ledwie zipie, rand stracił 90% (!) swojej wartości od czasu zmiany ustroju. To, co pozostało po tamtych latach, to bardzo silnie ukorzenione przeświadczenie ze „jestem afrykanerem czyli jestem najlepszy i co pan mi zrobi”. Taka butna postawa jest dość dobrze ukryta, ale po pierwsze i tak da się takie nastawienie odczuć a po drugie niejednokrotnie po kilku głębszych ten i ów się wygadał co tak naprawdę myśli o innych nacjach. Fajnie jeśli ktoś wierzy że może osiągnąć wszystko, trzeba mocno oprzeć się na swoich korzeniach żeby wyrosnąć ponad. Ale kiedy ktoś tylko z tego powodu że nie jesteś afrykanerem ciebie odrzuca, to już nie jest takie szlachetne. A tak właśnie się często zdarza – „nie jesteś afrykanerem?”. „Nie mówisz w naszym języku?” To nie trać naszego czasu. 

Aby nie kończyć w takim minorowym tonie dodam, że nam dane  było i jest spotykać na swojej drodze wartościowych ludzi, którzy przy bliższym poznaniu tylko zyskują. Wiele osób czerpie od nas, z naszej „inności”, z naszej otwartości, innych niż lokalne zachowań i wzajemnie. Nasi przyjaciele są otwarci na konstruktywną krytykę i wiedzą, że tego samego od nich oczekujemy.

Projekt dedykujemy akcji "AUTOSTOPEM DLA HOSPICJUM" -Przemek Skokowski wyruszył autostopem z Gdańska na Antarktydę, by zebrać 100 tys. zł. na Fundusz Dzieci Osieroconych oraz na rzecz dzieci z Domowego Hospicjum dla dzieci im. ks. E. Dutkiewicza SAC w Gdańsku. Na chwilę obecną brakuje 35 tys. Jeśli podoba Ci się nasz projekt, bardzo prosimy o wsparcie akcji dowolną kwotą.
Więcej info: https://www.siepomaga.pl/r/autostopemdlahospicjum


wtorek, 17 listopada 2015

Wojaże. Podróże. Eskapady. Namibia. Kolmanskop. Miasto duchów.

Przeglądając ostatnio (i usiłując posegregować) zdjęcia, uświadomiłam sobie, że wciąż ogrom pięknych miejsc, gdzie byliśmy, mam Wam do pokazania. Miejsc z wcześniejszych wojaży, zarówno polskich jak i afrykańskich. Postanowiłam więc systematycznie (w miarę) poopowiadać Wam o niektórych pięknych zakątkach, w których miałam możliwość i przyjemność pobyć. Pokazać trochę zdjęć i być może zachęcić do wybrania się to tu to tam i samemu ocenić czy mam rację :)

Zacznijmy od Namibii. Byliśmy tam już kawałek czasu temu, ale z wielu powodów jest to wyprawa niezapomniana. Widzieliśmy ciekawe miejsca, niektóre dosyć nietypowe. Niektóre zachwycające. A niektóre po prostu nie dla mnie, jak na przykład 40stopniowa pustynia. Fajnie było tam być. Poczuć żar słońca i gorąc piasku na własnej skórze a potem cieszyć się z morskiej, zimnej bryzy na wybrzeżu tegoż samego kraju, zaledwie kilka kilometrów od wspomnianej pustyni. Ale po kolei...




Pustynne stricte  klimaty pokazywałam Wam już między innymi TU i TU i TU ... dzisiaj chciałam opowiedzieć, głównie fotograficznie o miejscu w pewnym sensie zapomnianym, martwym, opuszczonym, jednocześnie wciąż przyciągającym turystów. Mowa o Kolmanskop. Mieście duchów. Miasteczku opuszczonym, położonym w odległości około 10 - 15 kilometrów od miasta portowego Luderitz





Miasto powstało w związku z odkryciem złoża diamentów w tej okolicy. Tak więc czas rozwoju miasteczka przypada na czas po 1908 roku. Zamieszkali tam górnicy i ich rodziny. Zbudowane całkowicie na pustyni posiadało szpital, elektrownię, szkołę, teatr, halę sportową, kasyno oraz linię kolejową do Lüderitz. Niesamowite, prawda? Wszystko to wybudowane na potrzeby właściwie chwili, bo w latach 30tych, kiedy to odkryto inne złoża, mieszkańcy przenieśli się w inne rejony, zostawiając domy jak i całe miasto puste. Możemy zatem jedynie wnioskować jak dużo zarabiali na diamentowym biznesie, skoro bez problemu zostawili wszystko i ruszyli na podbój innych złóż. Zapraszam zatem na spacer po Kolmanskop ...














































Kilka sznurków, jeśli macie ochotę poczytać nieco więcej o Kolmanskop lub też zerknąć na zdjęcia: 1, 2, 3

poniedziałek, 16 listopada 2015

"Przez 10 minut" Chiara Gamberale

Źródlo: KLIK
Ostatnio poczułam wenę do czytania. Znowu. Na nowo. Fajnie jest robić na drutach podczas oglądania „Bez tajemnic” i fajnie jest przerywać serial średnio co 5 minut aby podzielić się z tym tym Ślubnym myślami – ważnymi – związanymi z tematem odcinka, lub nie! Ale też zupełnie inaczej i niemniej fajnie jest po prostu czytać. Odpływać na cały wieczór albo na chwilę, zależnie od aktualnie zgłębianej przez nas lektury. Mam kilka zaczętych tytułów, zaczętych daaawno, a bardzoo tego nie lubię. Potem, jak chcę wrócić do danej książki – tracę czas na odtworzenie treści, na czym ja tak właściwie skończyłam?? No więc trochę tak było z „Przez 10 minut” Chiary Gamberale. Książkę zakupiłam na lotnisku w Warszawie, w czerwcu 2015, w drodze powrotnej z Polski do RPA. Zaczęłam ją wówczas czytać w czasie oczekiwania na kolejny lot i na tym się skończyło. Kilka dni temu postanowiłam ją dokończyć. Pomyślałam, że będzie do dobrym wstępem do innych powieści, opowieści – książek po prostu. 
Wtedy, na lotnisku, bardzo zachęciła mnie okładka. Chyba nie można wyobrazić sobie bardziej pozytywnej, optymistycznej, prawda? Nie spodziewałam się super fajerwerków, raczej lekkiej ale też przyjemnej lektury, która wciągnie i umili czas podróży. Taka też jest ta książka. Pamiętnik 36letniej Chiary. Zapiski dotyczące eksperymentu „dziesięciominutowego”. Otóż z powodów których Wam nie zdradzę, nasza bohaterka postanawia codziennie przez 10 minut spróbować czegoś nowego. Czy i jak jej się to udaje? Przekonajcie się sami. Dzięki krótkim rozdziałom gdzie każdy rozdział odpowiada jednemu dniowi, czyta się książeczkę szybko. Bez zachwytów z mojej strony, bez fajerwerków, nieco przewidywalnie, ale przyjemnie. A okładka nadal mi się podoba!

piątek, 13 listopada 2015

The Best Is Yet To Come


Źródło: KLIK



W takim klimacie życzę Wam dobrego weekendu.  
Aktywnego, spokojnego, imprezowego lub w domowym zaciszu. Jakiego tylko sobie życzycie. 

Nasz weekend zaczynamy od wieczornego wyjścia na kolację z okazji zakończenia roku akademickiego - tak więc wyjście częściowo służbowe. Jutro planujemy nic-nie-robić a w niedzielę będziemy braaiować obiadowo z przyjaciółmi. Dobry plan, prawda?



czwartek, 12 listopada 2015

44 - 46/52 & 12 MIESIĘCY!!!



"a portrait of my child, once a week, every week in 2015"























Chociaż za chwilę stuknie Ignacowi „13tka” – nie było jeszcze wpisu o 12tym miesiącu jego życia. A że był to miesiąc ważny – nie można go pominąć!! W ciągu ostatnich tygodni 1) Ignacy zaczął pięknie samodzielnie stać! Trwa owe stanie już coraz dłużej! 2) Jeszcze samodzielnie nie chodzimy, ale już za jedną rękę – owszem! Syn bardzo lubi takie eksperymenty. Coraz cześciej „odrywa się” też od mebli i wykonuje coraz to śmielsze manewry. 3) Stał się nasz młodzieniec bardzo rozgadanym chłopcem. Słuchać tego jego języka – pasjonujące :) 4) W ostatnim czasie zaszła również zmiana w kwestii przytulania. Ignacy zaczął nie tylko pięknie przytulać się do mnie ale też coraz częściej przytulać misie i inne pluszowe zabawki. Serce rośnie jak na to patrzę. Jest bardzo delikatny przy tym i coś tam sobie mruczy pod nosem zawsze. Lubi się kokosić i coraz częściej na chwilę lub dwie przychodzi do mnie, siada na kolanach i po chwili wraca do zabawy... 5) Nowym przedspaniowym rytuałem jest rozmawianie z zabawkami. Od jakiegoś czasu zaczęliśmy zostawiać w łóżeczku 2-3 misie. Jeden jest zazwyczaj duży a dwa mniejsze, ale również miękkiego typu. Zawsze po tym jak już się pożegnamy i pożyczymy sobie dobrej nocy – Ignaś musi jeszcze „podsumować dzień” ze wspomnianymi pluszakami. Podobnie rano – wita się z nimi i zanim Mąż lub ja do niego zajrzymy – zabawia się z nimi. Oczywiście nie trwa to baaardzo dłuuugo i jeśli ociągamy się z przywitaniem i wyjęciem go z łożeczka – żadne misie nie pomogą. Pojawia się moment irytacji . 6) Tak, do najcierpliwszych osób nasz chłopiec nie należy, chyba ma to po mnie ... 7) Innym rytuałem (zanim jeszcze dotrzemy do łóżeczka) jest wspólne z Tatą gaszenie światła. A właściwie wszystkich świateł w domu. Jak już zapanują mniejsze lub większe ciemności – jest pora na spanie, hihi. 8) Pamięć i szybkość uczenia się nowych rzeczy zadziwia mnie nieustannie. Wystarczy jednego dnia pokazać synowi coś nowego, drugiego dnia już odnosi się do tej nowej rzeczy. Np. jednego dnia zajrzeliśmy do niego przez okno zamiast otworzyć drzwi i po kojelnej drzemce Ignac wyglądał nas, czekał aż zajrzymy do niego przez okno właśnie. 9) Na apetyt nie możemy narzekać. Wręcz rzeciwnie, bardzo nas cieszy fakt, że Syn zajada wszystko bardzo chętnie. Niego gorzej sytuacja wygląda z piciem, co przy obecnych upałach stresuje mnie nieco.. Ale cóż, eksperymentujemy z różnymi butlami i tyle, czekamy na lepsze czasy objadając się arbuzami niemal codziennie. 10) Muzykalność naszego kawalera napawa dumą i inspiruje do częstszego, rodzinnego śpiewania!! Sprzyja też kompletowaniu konkretnego muzycznego zaopatrzenia. Mamy już cymbałki ( na teraz bez szału i zbytniego zainteresowania) bębenek – tu zainteresowanie jest ogromne (!!), tamburyn i marakasy różniste :) 11)  Ignacy Jan Wspaniały – tak Tata woła na potomka pierworodnego. 12) No i ROK skończony!! Drugi rozpoczęty, czekamy co dobrego przyniesie!!!


wtorek, 10 listopada 2015

Celebrujemy chwile: rodzinne obiadowanie



Szkoda życia na nudę. Brzmi banalnie, a jednak często w różnych sytuacjach słyszy się, że tydzień/ miesiąc minął a tu nawet nie wiadomo co się w tym czasie wydarzyło. Samej też czasami zdarzało mi się dochodzić do wniosku, że w danym dniu czy tygodniu nic ciekawego czy twórczego nie miało miejsca. Mało tego, nawet nie potrafiłam wymienić zdarzeń z każdego dnia minionego tygodnia. Trudno. Zdarza się. Każdy z nas miewa trudne tygodnie, może nawet miesiące. Warto jednak wkładać wysiłek aby trudności przezwyciężać i starać się dostrzegać dobre strony danej sytuacji życiowej. Na pewno takie są! Jednym z naszych trudniejszych momentów był okres czerwiec - sierpień 2015. Czas mijał na chorowaniu, wizytach u lekarza, bezsennych nocach i innych trudnościach. Na szczęście przetrwaliśmy! I teraz, w pewnym sensie na nowo, cieszymy się codziennością i celebrujemy chwile. Wrzesień i październik spędziliśmy stacjonarnie i skupiliśmy się na naszych projektach. W listopadzie zaplanowaliśmy nieco zwolnić. Więcej czasu spędzać razem, we troje, może gdzieś wyjechać? Nawet jednodniowe wyprawy są przecież takie regenerujące!Ale, nawet jeśli nigdzie dalej nie wyruszymy - i tak będziemy robić to, co uwielbiamy - celebrować naszą codzienność! Wam również to polecam! Może to być spacer po pracy. Wspólna kolcja/ obiad/ śniadanie ... wspólnie obejrzany film czy zabawa z dzieckiem? Na pewno wiele takich "atrakcji" macie na wyciągnięcie ręki. Dzisiaj nawiążę do kulinariów. Otóż wspólne przygotowywanie i jedzenie posiłków to jeden z moich ulubionych sposobów spędzania czasu z rodziną. Kiedyś tylko z Mężem, teraz we troje. W weekend trochę braaiowaliśmy, czyli nasz obiad był częściowo z grilla. Ja, kiedyś wielka przeciwniczka lokalnych kiełbasek (worsów) teraz bardzo lubię od czasu do czasu zjeść taką lokalnie upieczoną na ruszcie, chrupiącą kiełbaskę. A ponieważ od rozpalenia braaia do czasu kiedy kładziemy mięso upływa chwila, bardzo przyjemnie można wtedy posiedzieć, porozmawiać, pośmiać się. Nasz braaiowy obiad  miał także polskie akcenty. Otóż nie ma lepszej, szybkiej sałatki obiadowej niż sałata i szczypior prosto z ogrodu wymieszane ze śmietanką ( u mnie na pół z jogurtem) pyszota! Dla odmiany przygotowaliśmy też gotowaną marchewkę ( głównie pod kątem dziecka) oraz mój eksperymentalny, smażony ryż, który okazał się hitem!! Polecam!! Pyszności! Do tego Mąż serwował swoje piwko a jeśli ktoś wolał, było też i zimne białe ... lokalne wino. A wszystko to z Ignacym eksplorującym otoczenie. W niespiesznej, popołudniowej atmosferze. Niby zwyczajnie, ale jak wyjątkowo... A Wy jak celebrujecie chwile??


































No i tak wyszło nam bardzo zdjęciowo. 
Nasze celebrowanie chwil w niedzielno-popołudniowo-obiadowej wersji :)