czwartek, 23 lutego 2017

Mój deszczowy chłopiec kończy 28 miesięcy!!!



Bardzo lubię etap, który właśnie trwa! Lubiłam każdy, ale nie każdy był tak wdzięczny jak ten, który mamy teraz. Mam całuśnego Synka, który cudnie się przytula, sam z siebie, bez zachęty! Który śle mi buziaczki i z uśmiechem mówi "baj" pakując się do szkoły! Jestem mamą chłopca, którego energia i piękny uśmiech niejednej osobie skradł już serce. Ale też poważne miny sprawiają, że nie mogę uwierzyć, że już 28 miesięcy jesteśmy jego rodzicami! Za chwilę będziemy świętować 2,5 roku naszego Ignacego Jana Wspaniałego !!!

środa, 22 lutego 2017

Takie poranki lubię!



Przełom roku jak i początek 2017 roku to czas bardzo deszczowy. Odkąd tu mieszkam, a zaraz będzie 5 (!!!) lat, tyle deszczu co spadło przez ostatnie 2 miesiące to tutaj nie widziałam!! Jest pięknie zielono i soczyście ale też bardzo często sennie, szarawo i zwyczajnie zimno! Mamy namiastkę tego jak to jest mieszkać na wyspach czy w innych europejskich zakątkach :) Wierzcie mi,człowiek się odzwyczaja! Tak więc ostatnie poranki były u mnie ciężkie, trudno wstać z łóżka, ciężko zacząć dzień a jak jeszcze dołożymy do tego noc z kilkoma pobudkami na karmienie Franciszka, to już chwilami za dużo, chodzę potem zaspana, półprzytomna i nie ukrywam, bardzo wtedy liczę na popołudniową drzemkę synka... Kładę się wtedy spać razem z nim! 

Tym bardziej zatem cieszą mnie poranki takie jak dzisiaj. Kiedy słońce, mimo, że wciąż nieśmiało, zagląda do nas,od razu jest więcej energii i zapału do pracy.  I tak mamy 10tą a już i pranie się uprało i zmywanie się zrobiło i część pracy ogarnięta, maile wysłane i jest plan na to co zrobić dalej i nawet siedzę i piszę tego właśnie posta! Ostatnio na blogowanie pozostają wieczory i to też nie zawsze specjalnie kreatywne, bo okraszone seeennościąąąą :) 

Tak więc z nową dawką środowej energii i kolejną porcją yerby życzę Wam miłego  i energetycznego dnia!!!

A.


wtorek, 21 lutego 2017

O tym dlaczego nie zostanę fanką kuchni tajwańskiej :)



Jakiś czas temu dostaliśmy zaproszenie, aby wybrać się na lokalny festiwal/ market kuchni tajwańskiej. Zaprosił nas nasz znajomy, którego rodzina właśnie z Tajwanu pochodzi. Mimo, że on urodził się już w RPA to razem z bliskimi podtrzymują rodzime tradycje, mówią w swoim języku i dużą uwagę przywiązują do jedzenia. Bloemfontein cały czas mnie zaskakuje! Okazuje się, że jest tutaj świątynia buddyjska i spora społeczność, która to do tej świątyni uczęszcza! Cały targ odbywał się właśnie tam, na terenie należącym do wspomnianej tajwańskiej społeczności. Stwierdziliśmy, że szkoda byłoby się nie wybrać zwłaszcza, że mama wspomnianego kolegi przyrządza rewelacyjne sushi!! Wyprawa była częściowo deszczowa, ale udało nam się co nieco popróbować. No i właśnie ... kuchnia mnie nie zachwyciła ... Owszem, smakowały mi niektóre potrawy (a trochę ich myślę próbowaliśmy) - najbardziej super cienki makaronik no i wspomniane sushi ale generalnie kuchnia jak na mój gust mało wyraźna, bardzo delikatna w smaku i trochę, hmm... dziwna.  Jasiek był dużo bardziej odważny ode mnie i próbował tych najdziwniejszych dań. Jednak nie mogłam się zmusić do zjedzenia jaj, które wyglądały na zgniłe oraz tofu, które nawet nazywa się "stinky'!!! Mało tego, nie mogłam nawet znieść zapachu tego tofu w aucie, więc wylądowało w bagażniku. Wierzcie mi, śmierdziało na kilometr. Nie chcę nikogo zniechęcać, wierzę, że i na takie zapachowe smaczki znajdą się amatorzy, ale na mój gust to jednak było za dużo!! Ignacy zajadał się natomiast makaronem z masłem orzechowym i przyznaję, pałeczkami obsługiwał się jak mistrz :) Tym niemniej, warto było!! A Wy? Macie jakieś doświadczenia z takową kuchnią??







Franulek tylko nas obserwował, ale wydaje się, że i jemy wyprawa się podobała :)


poniedziałek, 20 lutego 2017

2016/2017




Czasami dzieje się tak, że nastają trudniejsze momenty w życiu. Takie, gdzie zapał do działania opada, zmęczenie odbiera resztki energii a niepowodzenia i plany, których nie udaje się zrealizować - skutecznie zabierają resztki dobrego nastroju. Taki miałam koniec roku 2016. Gdy jeszcze do tych wszystkich odczuć dołożymy frustracje i trudności w porozumiewaniu się z najbliższą osobą, wtedy jest tego za dużo. Za dużo po prostu i za dużo na raz. 

Po raz pierwszy w moim prawie 6letnim małżeństwie osiągnęłam moment, kiedy nie chciało mi się gadać, rozmawiać, wyjaśniać. Z każdym dniem, z coraz większym zmęczeniem, sytuacja taka stawała się coraz bardziej nie-do-zniesienia a jednocześnie sił i chęci aby usiąść i przewałkować wszystko - coraz mniej. Wiedziałam jednak jedno, że nie ma sensu przeciągać takiego stanu bo nie przyniesie on nic dobrego. Od początku jednym z głównych podstaw naszej relacji była rozmowa i dbanie o to, aby o sobie po prostu nie zapominać, tak więc niemalże zmusiliśmy się aby sprawy rozgrzebać i na nowo poukładać. Aby mimo zmęczenia i innych negatywnych emocji, odnaleźć siebie na nowo i wrócić do dawnych nas. 

Nie było łatwo,ale udało się. Wręcz jak już zaczęliśmy, mam wrażenie, że wszystko poszło sprawnie i po naszemu. Nie obyło się bez irytacji i łez, ale wierzę, że one też były potrzebne. Potrzebne, aby uświadomić sobie pewne sprawy, przypomnieć jakimi chcemy, razem i osobno, być i nie chcieć wracać do innego porządku spraw! W jednej chwili przypomniałam sobie za to tak bardzo kocham i cenię mojego męża. Jak lubię, kiedy zauważa pewne rzeczy. W jaki sposób o nich mówi i jak sprawia, że znowu mi się chce działać. Jak lubię nasz duet i nas jako rodziców. 

Dodatkowym argumentem, aby owe przegadanie spraw nastąpiło byli nasi synowie. Bardzo wierzę, że oni, jak nikt inny, wyczuwają, że w domu dzieje się coś nie tak. A ja tego nie chcę. Nie chcę aby coś nie tak było i nie chcę aby chłopcy mieli nieszczęśliwych rodziców. Więc koniec i basta! Koniec i już! 

Wraz z opisanymi wyżej nastrojami, na blogu również było ciszej. Trochę mi szkoda tego czasu, zwłaszcza, że pokrył on się z czasem fajnego, zwiększonego Waszego zainteresowania tym miejscem, ale trudno. Ta przestrzeń jest moim swoistym pamiętnikiem i dosyć dobrze odzwierciedla momenty życiowe w jakich akurat jestem. I jeśli panuje tu cisza, pojawia się mniej wpisów, zdjęć i mniej nas to zazwyczaj są ku temu powody. Cisza noworoczna jest jednak spowodowana dobrymi rzeczami. Brakiem czasu w pozytywnym tego słowa znaczeniu!!! Mimo, że chwilowo mnie tu mniej to w innych sferach jestem bardzo obecna i bardzo chętnie się z Wami podzielę i poopowiadam o moich aktualnych zajęciach i  zmianach w życiu! 

Dodatkowo, aby nie kończyć taką minorową nutą powiem Wam, że mam się bardzo dobrze. 2017 rok rozpoczął się dobrze i od pierwszych jego dni nie opuszcza mnie przekonanie, że to będzie mój rok! Czuję się bardzo dobrze w miejscu, gdzie teraz jestem i na to co ten nowy rok przyniesie patrze z ogromnym spokojem i entuzjazmem! Bardzo lubię moment, w którym ja i moja rodzina jesteśmy. Każdego dnia zauważam dobre chwile i momenty wzruszeń bardzo mnie rozczulają. Jest mi dobrze. 

Tymczasem bardzo Wam dziękuję, że mimo ciszy wciąż tutaj zaglądacie.  Bardzo mnie to niezmiennie cieszy! 

środa, 8 lutego 2017

Eksplorujemy południową część Free State. Philippolis & lokalny browar kraftowy.

Przedostatni weekend spędziliśmy poza domem. Na chwilę dosłownie wyruszyliśmy na południe Free State do miejscowości Philippolis a właściwie głównie na farmę położoną ok 10 km od miasteczka. Bardzo ale to bardzo już potrzebowaliśmy na chwilę chociaż zmienić otoczenie, pobyć poza domem i zregenerować nieco siły. Święta i czas noworoczny spędziliśmy w domu a biorąc pod uwagę grudniowe upały - nie za wiele mogliśmy poeksplorować chociażby Bloem, tak więc radość z pobytu w Philippolis była tym większa. Zatrzymaliśmy się u znajomych, którzy cudnie nas ugościli. Był i braai i inne afrykanerskie przysmaki do jedzenia ale też zwiedziliśmy lokalny, maleńki browar kraftowy, którego nasi znajomi są właścicielami. Pobyt był połączeniem przyjemnego z pożytecznym, gdyż Jasiek udzielił Pierrowi kilku fachowych porad piwnych i podzielił się z nim swoją browarniczą wiedzą. Miejsce urocze. Bardzo freestatetowe z windpomp na posesji i cudną przestrzenią. Zapraszam Was tam na chwilę! Tym razem mało zobaczycie samego miasteczka, za to będzie troszkę wspomnianego browaru, tamtejszego otoczenia i nas :) 

Burza na horyzoncie :)







Eksplorowanie w dosłownym słowa znaczeniu :)














Jak widać mini-browar, a właściwie jego barowa część urządzona została w klimacie vintage, który tam akurat bardzo, uważam, pasuje! Mówiąc o pięknym otoczeniu mam na myśli  zieleń i typowe, półpustynne widoki w tle. 



Czytaliśmy  "Koparkę Marka" , spacerowaliśmy i relaksowaliśmy się :)


Moi trzej mężczyźni w komplecie :)


I cała rodzinka, tym razem bez Pana Misia :)

piątek, 3 lutego 2017

Kącik Franulka :)


Nasz Chłopiec skończył niedawno pół roku i myślę, że należy mu się oddzielny post z tej okazji! Zanim jednak takowy post popełnię - dzisiaj pokażę Wam Franciszkowy kącik, w którym jestem zakochana!!!  Tak, mowa o kąciku, gdyż Franciszek urzęduje, póki co, z nami w naszej sypialni, która na szczęście jest sporych rozmiarów! Zapraszam na relację foto!


Te śliczne poduszki to prezent świąteczny Chłopców, na razie obydwie urzedują u Franka. 
Na możliwości Ignackowe i jego wiecznie klejące paluszki, sa, hmmm, za jasne :)




 Piękna chmurka z napisem "Franek" oraz fajowym pociągiem to dzieło mojej niezwykle utalentowanej koleżanki Darii!! Daria uszyła też nam dwie poduchy - chmury, które jak widać, towarzyszą Franulkowi w łóżeczku, a ostatnio są regularnie tarmoszone i eksplorowane przez naszego kawalera :) 


 Mamy też na stanie Szumisia, ale u nas się nie sprawdził, zastanawiam się nad sprzedażą, gdyż służy nam jedynie do dekoracji :) Za to Sophie jest w użyciu codziennym, hit! Kupiłam ją jeszcze dla Ignacego, ale zanim się przybrałam do zakupu (zajęło to trochę ze względu na cenę żyrafy), to Ignacy był już za duży i teraz  Franek zabawia się z Żyrafą "od początku" :)





Jak widać, hmm, lubuję się w poduchach wszelakich :) Ale kiedy zobaczyłam jakie cuda robi/ szyje Margaretka - nie mogłam się powstrzymać i zamówiłam dwie samochodowe poduchy chłopakom, jest jeszcze koparka Ignaca, ale ją pokażę Wam przy innej okazji !