wtorek, 21 lutego 2017

O tym dlaczego nie zostanę fanką kuchni tajwańskiej :)



Jakiś czas temu dostaliśmy zaproszenie, aby wybrać się na lokalny festiwal/ market kuchni tajwańskiej. Zaprosił nas nasz znajomy, którego rodzina właśnie z Tajwanu pochodzi. Mimo, że on urodził się już w RPA to razem z bliskimi podtrzymują rodzime tradycje, mówią w swoim języku i dużą uwagę przywiązują do jedzenia. Bloemfontein cały czas mnie zaskakuje! Okazuje się, że jest tutaj świątynia buddyjska i spora społeczność, która to do tej świątyni uczęszcza! Cały targ odbywał się właśnie tam, na terenie należącym do wspomnianej tajwańskiej społeczności. Stwierdziliśmy, że szkoda byłoby się nie wybrać zwłaszcza, że mama wspomnianego kolegi przyrządza rewelacyjne sushi!! Wyprawa była częściowo deszczowa, ale udało nam się co nieco popróbować. No i właśnie ... kuchnia mnie nie zachwyciła ... Owszem, smakowały mi niektóre potrawy (a trochę ich myślę próbowaliśmy) - najbardziej super cienki makaronik no i wspomniane sushi ale generalnie kuchnia jak na mój gust mało wyraźna, bardzo delikatna w smaku i trochę, hmm... dziwna.  Jasiek był dużo bardziej odważny ode mnie i próbował tych najdziwniejszych dań. Jednak nie mogłam się zmusić do zjedzenia jaj, które wyglądały na zgniłe oraz tofu, które nawet nazywa się "stinky'!!! Mało tego, nie mogłam nawet znieść zapachu tego tofu w aucie, więc wylądowało w bagażniku. Wierzcie mi, śmierdziało na kilometr. Nie chcę nikogo zniechęcać, wierzę, że i na takie zapachowe smaczki znajdą się amatorzy, ale na mój gust to jednak było za dużo!! Ignacy zajadał się natomiast makaronem z masłem orzechowym i przyznaję, pałeczkami obsługiwał się jak mistrz :) Tym niemniej, warto było!! A Wy? Macie jakieś doświadczenia z takową kuchnią??







Franulek tylko nas obserwował, ale wydaje się, że i jemy wyprawa się podobała :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz