KLUB POLEK NA OBCZYŹNIE - MOJA HISTORIA

Witam Was serdecznie weekendową, wieczorową porą. Dzisiejszy post to efekt mojej (ostatnio mało aktywnej niestety) współpracy z Klubem Polki na Obczyźnie. Klub prężnie działa, rośnie w siłę i co jakiś czas organizuje ciekawe projekty, cykle postów tematycznych i inne atrakcje. Wszystkie informacje o klubie znajdziecie TU i TU :) Cykl, który trwa obecnie nosi tytuł "moja historia" i dotyczy historii naszych emigracji. Emigracja to słowo, od którego zawsze stroniłam. Zawsze wydawało mi się, że emigrować to znaczy żyć "gdzieś indziej" na zawsze ... a co jeśli to "bycie gdzieś indziej" trwa 3 lata?

Tak więc zapraszam Was do lektury mojej historii, której akcja zaczyna się na chwilę przed zamążpójściem i snuciem wizji wspólnej przyszłości. Naszej. We dwoje... Otóż Mąż mój jest (jak zapewne wiecie) chemikiem, naukowcem, doktorem i właśnie w momencie doktoryzowania się - poznaliśmy się i zostaliśmy razem ( to tak w dużym skrócie).  Pomysł wyjazdu na staż towarzyszył nam praktycznie od początku. Po pierwsze, że fajnie gdzieś wyruszyć aby zobaczyć jak to jest. Po drugie to ważne pod kątem chemicznym, zdobycie doświadczenia, popracowanie w nowej chemii, innej grupie itp... Po trzecie zawsze byliśmy otwarci na nowe przygody,sporo podróżowaliśmy i dbaliśmy o to, aby nie stracić z oczu tego, co ważne, co niekoniecznie można kupić, raczej przeżyć. Powodów znalazłoby się dużo więcej, ale co ważniejsze, zależało nam, aby miejsce owej przygody było ciekawe, oryginalne, niepowtarzalne. Najlepiej takie, gdzie niełatwo wyruszyć na weekend czy nawet dwutygodniowe wakacje. I tak częściowo przez przypadek, częściowo dzięki zbiegowi okoliczności - padło na RPA. Chemik i socjolożka postanowili sprawdzić jak to jest na czarnym lądzie. 

Przed wyjazdem mieszkaliśmy w Warszawie, pracowałam w korporacji i rozważałam różne opcje rozstania się z firmą - urlop bezpłatny (który nie wypalił), urlop macierzyński (który ku naszemu wielkiemu smutkowi również nie doszedł wtedy do skutku) - stanęło więc na tym, że rozstałam się z firmą bezurlopowo i bezterminowo i jako żona przy mężu (housewife w wizie) ruszyłam na poszukiwanie przygód. Przyznaję, że na początku trudno było mi sobie wyobrazić jak się odnajdę w nowej roli. Zawsze aktywna (zawodowo, towarzysko) nagle bez pracy (moja wiza od początku wykluczała oficjalną pracę)... Do tego dochodziło zdziwienie ludzi, niezrozumienie dla tej decyzji i co chwilę zmierzanie się ze stereotypem pani domu w wyciągniętym dresie gotującej obiadki mężowi (i nic poza tym). Pewnie nie jedna osoba wciąż tak myśli ale etap kiedy sprawiało mi to przykrość mam już za sobą. Zwłaszcza, że po przyjeździe tutaj okazało się, że z tym dresem to nie prawda. Pojawiły się i wciąż pojawiają nowe pomysły "co ze sobą robić". Samą mnie zadziwiają pokłady kreatywności, które do tej pory drzemały we mnie gdzieś głęboko ukryte. W Bloemfontein, mieście o istnieniu którego nie miałam pojęcia zanim tu zawitałam, odnalazłam nieoczekiwany spokój (chociaż myślałam, że go mam), zwolniłam tempo, wyciszyłam się, odreagowałam stres popracowy ( którego wydawało się, że nie było) i wsłuchałam się w siebie. 

Niewątpliwie pomogła też obserwacja otoczenia i odkrycie, że tutaj kobiety, które decydują się na pozostanie w domu, z dziećmi lub bez, albo te pracujące na część etatu i również bywające więcej w gronie rodzinnym -są aktywnymi, zadbanymi paniami, które uczęszczają na niezliczone ilości zajęć kreatywnych, udzielają się społecznie i są zadowolonymi z życia osobami. Do dzisiaj mnie to zadziwia. 

Daleko od domu znaleźliśmy dom. I ten dom mamy tutaj do dzisiaj. Na jak długo jeszcze? Czas pokaże. Kiedy upływał rok naszego pobytu tutaj (pierwszy plan mówił o wyjeździe na rok) trudno mi było sobie wyobrazić, że mamy się nagle spakować i wrócić. Czułam się kompletnie niegotowa, przekonana, że jeszcze po coś mamy tu zostać. I tak minął rok drugi i trwa trzeci. Chwilami myślę, że im dłużej tu jesteśmy tym trudniej będzie rozstać się z tym życiem i miejscem. Coraz więcej znajomych, niezwykłe przyjaźnie, pomocni i życzliwi ludzie wokół. Ale też niespieszne życie, które jeszcze nam się nie znudziło, domek z ogrodem, dojazd do pracy Męża, który zajmuje 15 minut rowerem, czas dla rodziny, który zaczyna się o 17tej. 

Nie twierdzę, że życie w RPA jest bez wad. Wiele jest tu rzeczy, które są absurdalne, ograniczeń, które w Europie nie miałyby miejsca, poczta strajkująca tygodniami, kurier, który kradnie gratisy z przesyłki, tysiące sytuacji, kiedy "klient nie jest nasz pan", wygórowane ceny wielu usług i produktów i wiele wiele innych. Ale póki co więcej zauważamy plusów niż minusów. 

Bez wątpienia uważam, że każdy powinien, chociaż przez chwilę pomieszkać "gdzieś", opuścić "comfort zone", spróbować zaklimatyzować się nowym środowisku i gwarantuję, że cudowne rzeczy można odkryć w sobie i we wspomnianym otoczeniu. Doświadczenia zdobyte poza ojczyzną niesamowicie ubogacają. Otwierają nas na zupełnie niedostrzegalne wcześniej sprawy, dystansują i ukazują, co tak na prawdę jest ważne. 

Do Polski wrócić chcemy. Pewnego dnia. Nie wiemy, czy bezpośrednio z RPA. Czy może najpierw spróbujemy znaleźć dom gdzie indziej? Wierzę, że przyjdzie dzień, że poczujemy, że już wystarczy nam Afryki. I wierzę, że wraz z tym poczucie przyjdzie pewność, że to dobry moment na zmianę.

 To nie jest też tak, że nie mamy żadnych obaw, wątpliwości. Owszem. Są takowe. Np. czy we wspomnianej Polsce się odnajdziemy? Już podczas kilkutygodniowego pobytu tam uderza mnie pesymizm, narzekanie i dziwna rezygnacja ludzi. Oczywiście nie jest to regułą, są na szczęście ludzie bliscy lub nie, którzy pozytywnie nastawieni są do życia (Bratowa, tutaj mam na myśli Ciebie między innymi). Tak więc staramy się patrzeć w przyszłość z optymistycznym nastawieniem. Przekonaniem, że wiele dobrego nas jeszcze spotka, niezależnie od tego gdzie będziemy mieszkać.

Dziękuję Wam, że jesteście moimi towarzyszami tej przygody i dobranoc :)


Komentarze

  1. Ja też odnalazłam siebie bardzo, bardzo daleko. I teraz mam wrażenie, że dokądkolwiek pójdę - już tego nie stracę :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Czekałam na tego posta! Aga, cieszę się że tak właśnie się to wszystko ułożyło, że razem w trójkę jesteście szczęśliwi. Ściskam!

    OdpowiedzUsuń
  3. I naprawdę tak odważyliście się wyruszyć w świat, w odległe, w nieznane? I do tego z dzieciaczkiem? Podziwiam!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz