Weekend w Oranii, jesienne przesilenie i wirusy.


Witam Was już prawie świątecznie, chociaż chcę jeszcze wrócić na chwilę do weekendu minionego. Otóż nasz wyczekany wyjazd nad rzekę przybrał nieoczekiwany obrót. Ale po kolei. Kilka tygodni temu, w odwiedziny do RPA przyjechali nasi znajomi, którzy już prawie dwa lata temu wyjechali do USA i tam mieszkają. Tam urodził się ich syn, którego to chrzciny odbyły się w niedzielę i na tą uroczystość dostaliśmy zaproszenie. Bardzo chcieliśmy się z nimi spotkać i być częścią wydarzenia,  tak więc wyruszyliśmy do nich w piątek po południu. Pobyt był bardzo fajny, rodzinny. Było gwarno i wesoło. A byliśmy w miejscowości Orania, kolebce niejakiej, "białości" południowoafrykańskiej (więcej o Oranii w tym dawnym poście, autorstwa małżonka mego). Mało tego mają tam rzekę o tej samej nazwie więc tym bardziej nie mogliśmy się doczekać wyjazdu!! Oprócz rzeki jednak mają tam też full kurzu i pyłu i baaardzo wietrzną pogodę, możecie sobie zatem wyobrazić co przechodziły tam moje zatoki, brrr!!!

W międzyczasie niestety obydwoje z synkiem gorzej się poczuliśmy, zaczął nam dokuczać ból gardła i kaszel, tak więc nieco wcześniej niż planowaliśmy, w poniedziałek ( bo był tu dłuugi weekend), wróciliśmy do Bloem aby we wtorek rano udać się do lekarza. Całą naszą rodzinę wymęczyły nieprzespane noce, wypełnione kaszlem i płaczem Chłopca, tak więc poddaliśmy się i zdecydowaliśmy skorzystać z pomocy medycyny nienaturalnej. Już tu zapewne wspominałam, że ogólnie jestem zwolenniczką naturalnych, domowych metod walki z wirusami, co jest nieocenione zwłaszcza w ciąży, ale chwilami brakuje mi sił i wytrwałości zwłaszcza kiedy choroba dopada mnie wtedy kiedy Ignacego, wtedy jest duuuużo trudniej :( No więc inhalujemy się (Iggy) i pijemy medykamenty na pozbycie się blokady w nosie i zatokach i czekamy cierpliwie na poprawę. Takowa już do nas przyszła częściowo tylko w międzyczasie zaatakowała Naszą Męską Głowę Rodziny, która właśnie czeka na swoją wizytę u lekarza.. 

Nieco zaburzone nasze Wielkanocne przygotowania w tym roku. Mimo jednak wirusów panujących wszech obecnie chciałabym uraczyć moich chłopaków babką o taką, sałatką warzywną i może jakimś mazurkiem, zobaczymy na ile siły i Ignacy pozwolą mi zrealizować plany. W oko wpadł mi też ten pasztet, tak mi się zatęskniło do pasztetu mojej mamy, stwierdziłam, że ten mógłby być namiastką takiej rodzinnej Wielkanocy, hmm :)

Poniżej migawki z pierwszej części naszego weekendu, czasu spędzonego na relaksie w pięknej scenerii rzeki Orania. Jak widać miłość Ignacka do butów trwa w najlepsze!!! :)





^^^ mysz to jedna z pierwszych i wciąż ulubionych zabawek/ pluszaków naszego Synka




^^^ znamy już płeć naszego drugiego baby, wkrótce zdradzę co nieco o tym na blogu :) 
jakieś typy Szanowna Blogosfero???




 ^^^ miłość do książek trwa! Serce rośnie!!!




I nasza rodzinka w komplecie :)

Dobrego czwartku Kochani!!!


Komentarze