Co mnie drażni, irytuje, co trudno mi zaakceptować w RPA :)


Na dzisiejszego posta zapraszam Was w ramach współpracy z Klubem Polek na Obczyźnie a dokładnie w ramach projektu jesiennego klubu. Jesienno – letniego, z racji, że u nas lato,  tak chyba bardziej pasuje. (zerknijcie na klubowego FB, tam znajdziecie linki do innych blogerek i blogera) :) Od kilku tygodni Członkowie klubu piszą na swoich blogach o tym, do czego nie mogą się przyzwyczaić w swoich nowych krajach. Co ich (bo mamy jednego pana w klubie) irytuje, denerwuje, drażni. 

Dzisiaj moja kolej. Chciałabym opowiedzieć tutaj Wam właśnie o tych aspektach życia w RPA, które mi się nie podobają. Zanim jednak przejdę do wyliczania tych niefajnych elementów to powiem Wam, że cieszę się, że ten projekt odbywa się teraz i to właśnie teraz mogę wziąć w nim udział. Mieszkamy tutaj już ponad 3 lata i myślę, wszystko wskazuje na to, że jeszcze trochę tu zostaniemy i wierzę, że po takim czasie dużo więcej można zarówno pozytywnych jak i negatywnych spraw zauważyć, te spostrzeżenia i myśli miały szansę się już w głowie i sercu ułożyć. Po takim czasie miałam szansę poznać wiele osób, poznać lepiej, bliżej, poznać wady i zalety ... strony, które pokazywane są niechętnie. Ale do rzeczy! Zaczynamy moją listę. Kolejność przypadkowa :)

  • Nie będzie to być może dla Was zaskoczeniem, gdyż wiele już razy o tym wspominałam na tym blogu, nie podoba mi się to, jak działa tutejszy serwis. Poczta, urzędy i wszelkie miejsca, gdzie niezbędne są zorientowane w temacie i kompetentne osoby. Z wielką przykrością stwierdzam, że wspomniane posady zajmują ludzie, którym do ogólnego zorientowania bardzo daleko.  Na początku bardzo bardzo mnie to irytowało i nie dużo trzeba mi było aby z wkurzeniem i podniesionym głosem próbować wyjaśniać daną sytuację. Kończyło się to przeważnie niezałatwioną sprawą i moim zdenerwowaniem do granic. Potem jednak zmieniłam zdanie i taktykę. Przekonałam się że „po dobroci i grzecznie” działa dużo lepiej i teraz – ja żyję sobie spokojniej a i pani na poczcie chętniej pomaga. Plus, hmm, Ignacy jest tu nieocenioną pomocą :) jeden uśmiech do pani w okienku i  wszystko prezentuje się bardziej optymistycznie.
  • Internet. Można by się tu dużo rozwodzić. Powiem krótko. Trzeci świat :D Internety działają wolno i ślamazarnie. O super szybkim łączu – na poziomie europejskim, hmm... można sobie generalnie pomarzyć, no chyba, że ktoś miałby ochotę płacić fortunę.. Tak, ceny za porównywalnie z EU wolny net są bardzo wysokie. Po części, tak myślę, to skutek bycia na końcu świata, po drugie, brak  konkurencji. Jednak im więcej firm oferuje daną usługę, tym, siłą rzeczy musi być taniej. Tutaj tego nie zauważam. Dla przykładu – dopiero stosunkowo niedawno pojawiły się oferty o sekundowym naliczaniu czasu połączeń!

  • Kolejną moją zmorą są kierowcy. Mogę z dużym przekonaniem powiedzieć, że kierowcy w Bloemfontein są najgorszymi z jakimi do tej pory miałam okazję „dzielić ulice”. Jeżdżą nieuważnie, zmieniają pasy jak im się podoba, nie używają kierunkowskazów lub używają niewłaściwie. Tutaj bardzo popularne są duże auta, SUVy tutaj nazywane Bakkie, wtedy to już w ogóle hulaj dusza, liczy się prawo większego :)

  • Nie wiem jak jest w innych miastach tego kraju ale jeśli chodzi o Bloem to docieranie do informacji o koncertach, imprezach czy targach jest bardzo trudne. Pomijam tutaj kwestię Afrikaans, bo na moim etapie znajomości języka - nie jest to już ogromny problem, tutaj po prostu jak gdzieś przez przypadek nie usłyszysz o czymkolwiek – to nie wiesz. Facebook nieco ułatwia sprawę, ale też nie zawsze. Powszechne tutaj jest wieszanie tekturowych info-plakatów przy przydrożnych słupach. Tak więc aby prowadząc auto – doczytać „co, gdzie, kiedy”, musisz minąć kiiiilka takich słupów, jednocześnie uważać na innych uczestników ruchu (patrz punkt powyżej) :) Moim zdaniem są to sposoby przedpotopowe. Nie żebym też bardzo tęskniła za ogromnymi bilbordami zalewającymi polską stolicę ale tęsknię za cotygodniowym „Co jest grane” – bardzo!

  • Idąc w dużo poważniejsze sprawy, chociaż wciąż związane z sytuacją opisaną w punkcie pierwszym – kiedy wspomniana niekompetencja dotyczy opóźnień na poczcie – nie jest to koniec świata, zawsze można chwilę poczekać, ale już fakt, że od kilku miesięcy regularnie mają miejsce przerwy w dostawie prądu a ostatnio i wody – to już stanowczo za wiele. Dzieje się tak, gdyż jakiś czas temu zepsuła się lokalna elektrownia, było to do przewidzenia, nie stanowiło jednak i nadal nie stanowi priorytetu zmodernizowanie (chociaż na to już za późno) czy wybudowanie nowej. Dlatego też mniej lub bardziej spodziewanie prądu nie ma. W zależności od rejonu kraju sprawa wygląda różnie, u nas średnio raz – dwa razy w tygodniu nie ma prądu, ale wiem od znajomych w Joburga, że podoba sytuacja ma miejsce codziennie!! Przeważnie od około 18 do 22 czyli akurat jak się wraca z pracy i chętnie wzięłoby się prysznic czy zrobiło i zjadło kolację :)  Podobnie jeśli chodzi o wodę w Bloemfontein. Po awarii wodociągów wprowadzono zakaz podlewania ogrodów, mycia aut na posesjach i ogólnie wodę się wydziela. Aż samej trudno mi w to uwierzyć jak to piszę, ale niestety tak jest. Zapowiadane są również przerwy w jej dostawie podobnie jak przerwy w dostawie prądu.

  • Ludzie w Bloem są bardzo przyjaźni, pomocni i pozytywni. Jednocześnie jednak stawiają niewidzialną ale bardzo wyraźną i odczuwalną granicę w znajomości. Czuje się to bardzo mocno po kilku tygodniach – miesiącach poznawania się. I jest to meczące, bo bez przejścia tej granicy nie da się pójść dalej w relacji. Zatem sytuacja wygląda tak, że codziennie otrzymujesz zapytania typu "How are you" czy "How was your day" ale tak naprawdę jeśli czujesz się naprawdę źle czy miałeś slaby dzień to nikt o tym nie chce słyszeć. To już jest granica której nie należy przekraczać. Jest to przykre i nie twierdzę, że w innych krajach jest inaczej, że w Polsce np. wszyscy „chcą iść dalej w relacjach”, ale mówimy teraz o RPA a nie o PL  Podobnie jest ze zwierzeniami czy po prostu rozmowami na trudniejsze niż pogoda i plany na wakacje tematy. Szkoda życia na nic nie wnoszące „coffee date”, niezobowiązujące spotkania trwające w tym samym punkcie w nieskończoność. Mnie szkoda.

  • Południowoafrykańczycy bardzo rzadko maja odwagę żeby upomnieć prosto w oczy. Jeśli coś im się nie podoba czy czegoś nie akceptują lub zwyczajnie uważają że to nie jest dobre czy właściwe, to nie powiedzą o tym ani słowa. W sumie to do relacji letnich całkowicie wystarcza, choć ja na tym etapie życia wolę otaczać się osobami które są szczere i otwarte i na których mogę polegać. Nawet jeśli to miałoby być trudne, to i tak wole taki scenariusz. Najgorszym rozwiązaniem jest zauważyć czyjś błąd, nie doradzić czy upomnieć tego kogoś co go popełnił tylko pójść do innych osób i o tym rozpowiadać. 

  • Przez wiele lat RPA była odcięta od surowców, dostaw i pomocy z innych państw. Wtedy musieli tu radzić sobie sami i, trzeba przyznać, całkiem nieźle sobie poradzili. Jest sporo surowców naturalnych, które były dobrze wykorzystywane, gospodarka kwitła, opracowano technologie produkcji benzyny z węgla (tylko kilka takich technologii na świecie), państwo było samowystarczalne i zamożne. Tylko, że tamte czasy minęły, gospodarka ledwie zipie, rand stracił 90% (!) swojej wartości od czasu zmiany ustroju. To, co pozostało po tamtych latach, to bardzo silnie ukorzenione przeświadczenie ze „jestem afrykanerem czyli jestem najlepszy i co pan mi zrobi”. Taka butna postawa jest dość dobrze ukryta, ale po pierwsze i tak da się takie nastawienie odczuć a po drugie niejednokrotnie po kilku głębszych ten i ów się wygadał co tak naprawdę myśli o innych nacjach. Fajnie jeśli ktoś wierzy że może osiągnąć wszystko, trzeba mocno oprzeć się na swoich korzeniach żeby wyrosnąć ponad. Ale kiedy ktoś tylko z tego powodu że nie jesteś afrykanerem ciebie odrzuca, to już nie jest takie szlachetne. A tak właśnie się często zdarza – „nie jesteś afrykanerem?”. „Nie mówisz w naszym języku?” To nie trać naszego czasu. 

Aby nie kończyć w takim minorowym tonie dodam, że nam dane  było i jest spotykać na swojej drodze wartościowych ludzi, którzy przy bliższym poznaniu tylko zyskują. Wiele osób czerpie od nas, z naszej „inności”, z naszej otwartości, innych niż lokalne zachowań i wzajemnie. Nasi przyjaciele są otwarci na konstruktywną krytykę i wiedzą, że tego samego od nich oczekujemy.

Projekt dedykujemy akcji "AUTOSTOPEM DLA HOSPICJUM" -Przemek Skokowski wyruszył autostopem z Gdańska na Antarktydę, by zebrać 100 tys. zł. na Fundusz Dzieci Osieroconych oraz na rzecz dzieci z Domowego Hospicjum dla dzieci im. ks. E. Dutkiewicza SAC w Gdańsku. Na chwilę obecną brakuje 35 tys. Jeśli podoba Ci się nasz projekt, bardzo prosimy o wsparcie akcji dowolną kwotą.
Więcej info: https://www.siepomaga.pl/r/autostopemdlahospicjum


Komentarze